Wywiad z Lesławem z Lampy z 2008 roku pt. „Miłość? Nie wierzę w nią”

Lesław na okładce Lampy; Autorką portretu Agata Endo Nowicka

Przy okazji tego wywiadu Lesław wkurzył mnie trzy razy. Wspomnieć wypada mi tylko o dwóch. Raz, gdy odwołał rozmowę, gdy już byłem pod jego blokiem, a jechałem wtedy z Mińska Mazowieckiego i szkoda mi było kasy wydanej na bilety, bo byłem wówczas bezrobotny. Dwa, gdy odesłał autoryzację naszej rozmowy, z której wyrzucił wiele ciekawych smaczków, między innymi o skinach i ich dziewczynach. Może to kiedyś opublikuję po jego śmierci 😉 Myślę, że to, co zostało i tak jest interesujące i dobrze smakuje po latach. Jest 27 maja 2008 roku, nieistniejąca już restauracja Mexicana, która ponoć należała do basisty Scorpionsów…

BARTOSZ CHMIELEWSKI: Spotykamy się w restauracji Mexicana, to może zacznijmy od twojej jesiennej trasy po Meksyku. Czyżbyś tutaj gastronomicznie się do niej przygotowywał?

LESŁAW: Moja fascynacja Meksykiem to o wiele starsza historia. W wieku 5 lat wyjechałem z rodzicami do Stanów, gdzie mieszkałem przez parę lat, co wywarło bardzo duży wpływ na całe moje życie. Naprzeciwko naszego domu mieszkała meksykańska rodzina. I oni i ja czuliśmy się outsiderami w amerykańskim społeczeństwie. Myślę, że to nas do siebie zbliżyło. Zaprzyjaźniłem się z nimi. Byliśmy właściwie nierozłączni i meksykańska wrażliwość do dzisiaj jest mi bardzo bliska. W wielu moich piosenkach pobrzmiewa meksykańska nuta. Dzisiaj dzięki zdobyczom cywilizacji, dzięki Myspace i obiegającym świat empetrójkom, dzięki tym wszystkim wspaniałym wynalazkom, które odgrywają bardzo dużą rolę w przełamywaniu monopolu decydentów, zespoły mogą prezentować swoją muzyką praktycznie całemu światu. Piosenki nagrane w Warszawie mogą nagle popłynąć z głośników komputerów w Meksyku, w Stanach, gdziekolwiek. I tak do tego doszło.

Jeszcze w czasach istnienia Partii wielokrotnie się dowiadywaliśmy, że płyty w języku polskim nie znajdują nabywców na Zachodzie, czego nigdy nie mogłem zrozumieć, bo mam bardzo wiele płyt nagranych w nieznanych mi językach i nawet nie rozumiem, o czym są piosenki, ale wiem, że są to bardzo dobre płyty. Ubolewam nad tym, ale z drugiej strony rozumiem, że publiczność chce wiedzieć dokładnie o czym się śpiewa… więc chcąc nie chcąc i bardziej nie chcąc niż chcąc, od drugiej płyty Komet postanowiłem, że każdą płytę będę nagrywał w dwóch wersjach językowych. To o tyle podziałało, że nasze płyty poprzez dystrybucję firmy płytowej Jimmy Jazz, są dostępne na całym globie. W pewnym momencie odkryliśmy, że dostajemy bardzo dużo listów i wpisów właśnie z Meksyku. W konsekwencji padła propozycja, żebyśmy zagrali jako główna atrakcja na festiwalu w Mexico City. Bardzo mnie zdziwiło, że zapotrzebowanie na Komety w Meksyku jest tak duże. Po paru tygodniach dostaliśmy propozycję zagrania paru koncertów w Południowej Kalifornii, gdzie również jest duże zainteresowanie Kometami, między innymi wśród licznej tam społeczności meksykańskiej. Okazało się, że coś, co było dla mnie zawsze źródłem inspiracji, zostało docenione. I myślę, że tu nie tylko chodzi o nawiązania muzyczne, ponieważ z listów, które otrzymałem, dowiedziałem się, że bardzo ważne są też słowa piosenek.

Utwór „El Ringo” z płyty „Akcja v1” wydanej w 2007 roku

To wobec tej popularności nie myślałeś, żeby coś po hiszpańsku zaśpiewać?

Myślałem… to byłby ukłon w stronę tamtej publiczności. Myślę o tym i kiedyś na pewno taką piosenkę nagram. Zresztą już kiedyś się zastanawiałem w przypadku piosenki „Lonely sky”, czy nie nagrać jej po hiszpańsku. Dowiedziałem się też, że Meksykanie bardzo lubią Polaków. Ogromną sympatią cieszył się Jan Paweł II. Poza tym myślę, że docenia się w Meksyku pewnego rodzaju prawdziwość i szczerość w słowach i muzyce. Mogę zrozumieć popularność, np. Morrisseya w Meksyku, co zresztą on odwzajemniał występując w klamrze z meksykańską flagą. Meksyk to nie jedyne miejsce, z którego dostajemy zaproszenia. Ostatnio byliśmy w Londynie. Jesienią jedziemy do Moskwy.

Nie boisz się frekwencyjnych wtop na takich zagranicznych wojażach. Z relacji Kostka Usenki dla Lampy wynika, że 19 wiosnom bardzo średnio pod tym względem udał się wyjazd do byłego ZSRR.

W Polsce każde miasto musieliśmy zdobyć. Nie byliśmy częścią żadnej sceny, pod której zasoby publiczności moglibyśmy się podpiąć, więc każdego słuchacza musieliśmy zdobywać jak niedostępną twierdzę. Na przykład na pierwszym koncercie albo jednym z pierwszych koncertów Partii we Wrocławiu sprzedało się 5 biletów, z czego 4 bilety kupili muzycy Headhunters, a jeden Przemysław Wojcieszek. Takie były początki, ale od czegoś trzeba zacząć. Cieszy mnie to, że zaproszenia na te zagraniczne koncerty przychodzą od lokalnych organizatorów. Wydaje mi się, iż ich zainteresowanie naszym zespołem w pewnym sensie wynika z tego, że nie jesteśmy kopią żadnego zespołu z Zachodu. Zarówno Komety, jak i Partia to mieszanka bardzo różnych elementów, często nawet pozornie do siebie nieprzystających. Często ktoś mnie pyta, dlaczego jesteśmy zapraszani na Zachód. Domyślam się, że chodzi tu o to, że na Zachodzie słuchacze mają już oryginalne wersje swoich zespołów i nie potrzebują podróbek. Z kolei to, co jest za granicą doceniane, jest największym przekleństwem w Polsce, ponieważ tutaj dziennikarze maja zupełnie odwrotne podejście. Jeżeli zespół nie jest podróbką jakiegoś zachodniego zespołu, jeśli nie wpisuje się w oczywisty sposób w jakiś styl, to naprawdę nie ma łatwego życia. Moim zdaniem, działalność tych dziennikarzy jest wręcz zbrodnicza. Wszyscy dziennikarze, którzy swoje recenzje zaczynają od zdania: Wreszcie w Polsce ktoś zagrał jak ktoś tam na Zachodzie, powinni być osądzeni za zbrodnie przeciwko polskiej kulturze.

Na szczęście Lampa jest wolna od tego typu recenzentów. Kończąc sprawy bieżące to powiedz mi jeszcze, nad czym pracowałeś w studio przez ostatni tydzień?

Nad nowymi piosenkami. Idea jest taka, że na początku przyszłego roku chcemy wydać płytę koncertową, która będzie podsumowywała pierwszy okres działalności zespołu, czyli czas pierwszych trzech płyt studyjnych. Wydaje mi się jednak, że takie wydawnictwo powinno zawierać również premierowe piosenki.

Nie szkoda ci umieszczać nowych piosenek na koncertówce? Tego rodzaju płyty nie są zwykle poważnie traktowane. T. Love umoczył tak swój hit „I love you” dołączając go do płyty koncertowej miast wyeksponować na jakimś wiekopomnym albumie.

To była spontaniczna decyzja. Na pewno popełniamy wiele błędów marketingowych, ale jesteśmy muzykami, a nie biznesmenami. Chciałbym, żeby ta płyta łączyła przeszłość zespołu z jego przyszłością.

Czego teraz słuchasz?

Ostatnio najczęściej soulu z wczesnych lat 60., z czasów świetności wytwórni Motown i Stax.

O to chyba coś, czego jeszcze nie poruszałeś w swych kompozycjach…

Elementy takiej muzyki pojawiały się już w Kometach, np. „Anna jest szpiegiem” ma soulowy rytm, tak samo „Miasto turystów”, które pod wieloma względami jest syntezą prawie wszystkich stylów muzycznych, jakie można znaleźć  na płycie „Via Ardiente”, dlatego chciałem, żeby to był pierwszy singiel promujący płytę.  „Miasto turystów” to rytm ze starych nagrań soulowych, gitary flamenco, pobrzmiewają również fascynacje muzyką rockabilly i country. Z kolei druga inspiracja to coś, co po latach określa się mianem proto punka, czyli muzyka garażowa z lat 60. Nawet w Polsce były zespoły tego typu, takie jak między innymi Dzikusy, Pesymiści. Domyślam się, że nie pisano o nich zbyt często w Świecie Młodych, ale takie zespoły w Polsce działały i cała ta scena bardzo mnie interesuje.

Są jakieś nagrania po tych zespołach?

Właśnie je tropię.  To nie jest łatwe. 

W przypadku zespołów z tamtych lat to może przypominać poszukiwania świętego Graala.

Na pewno. Nagrania wielu zespołów z tamtych lat są nieosiągalne, więc czasami jestem zmuszony tylko wyobrażać sobie, jak mogły brzmieć. Tak było z piosenką Zabierz mnie do domu. Starałem się w niej wyobrazić, jak mógłby brzmieć polski zespół z czasów, o których rozmawiamy. W oparciu o to powstała warstwa muzyczna. Wydaje mi się, że bardzo ważne jest w przypadku wyobraźni to, co wprawia ją w ruch. Wiele moich piosenek nawiązuje do mglistych wspomnień z przeszłości o muzyce czy filmach, które być może nigdy nawet nie istniały. Często jest też tak, że podoba mi się jakiś gatunek muzyczny i myślę, że szkoda, że nie powstała w jego nurcie jakaś polska piosenka i potem po prostu staram się ją napisać. Czasami szukając nagrań, dochodzę do wniosku, że skoro nie mogę ich znaleźć, to sam napiszę tę zagubiona piosenkę. Zresztą w historii polskiej muzyki jest długa lista rzeczy, których nie było. Dlatego między innymi powstała Partia i Komety. Moimi piosenkami staram się trafiać w czułe punkty osób, które miały podobne doświadczenia do moich. Czasem jest to bardzo wąska grupa, ale to nie jest muzyka dla wszystkich. Cieszę się, kiedy dowiaduję się, że moje piosenki stają się przynajmniej na jakiś czas częścią czyjegoś życia. Oczywiście gusty też są zmienne i wiem, że ktoś mnie później może zdradzić z Kazikiem albo wokalistą Comy, ale wiem, że wakacje powiedzmy w roku 2004 spędziliśmy razem. Nigdy nie starałem się cyzelować swej twórczości tak, żeby trafiła do wszystkich. Nie cyzeluje jej również brzmieniowo, żeby pasowała do współczesnych czasów. I znowu ma to odniesienie do dziennikarzy, którzy z reguły promują zjawiska na wspomnianej już zasadzie, że wreszcie w Polsce ktoś gra jak ktoś tam. W efekcie po 5 latach płyt spod znaku „Wreszcie…” nie da się słuchać i z reguły można je później znaleźć w koszu z przecenionymi płytami. Cieszę się, że płyty Partii, które powstały już ponad 10 lat temu, żyją własnym życiem. One wówczas nie pasowały do realiów muzycznych i wielokrotnie słyszałem, że trudno jest wielu osobom określić, kiedy powstały. Gdy piętnastolatkowie, na koncertach domagają się piosenek Partii, które powstały wtedy, kiedy oni jeszcze chodzili do przedszkola i były wówczas w praktyce nieobecne w mediach, to zawsze jestem mocno zdziwiony.

Jakiś czas temu powiedziałeś, że pracujesz z Krzysztofem Vargą nad wspólnym projektem, w jakiej to jest fazie?

Chcielibyśmy, żeby ten projekt kiedyś zaistniał, tylko jeszcze nie wiemy, w jakiej formie. Chcemy zrobić coś, z czego będziemy mogli być dumni. Spotykamy się co jakiś czas w kawiarni Pod Kaktusami, naprzeciwko kina Atlantic. Między innymi w tamtych okolicach rozgrywa się akcja Złego i nie ukrywam, że do atmosfery tej książki nasz projekt ma się odwoływać.

No to teraz podpytam się o ten nasz showbiznes. Jakiś czas temu ukazał się w Wyborczej tekst Roberta Sankowskiego o młodych polskich alternatywnych zespołach, w którym pisał, że dziś już nie ma czasu na powolne i stabilne budowanie kariery, że w showbiznesie trzeba mieć mocne wejście, bo inaczej się przegrywa i że właśnie tym młodym zespołom nie udaje się wejść z kopyta w branżę. Ty z kolei w wywiadzie mówiłeś, że w Polsce na sukces trzeba pracować przez dekadę lub dwie i że przychodzi on po czterdziestce. Jako przedstawiciel takiego młodego zespołu pytam się, komu wierzyć?

Jeżeli spojrzysz na młodzieżowych idoli to odkryjesz, że prawie wszyscy z nich mają 45 -50 lat. Kukiz, Kazik, Muniek, Grabaż. Dlaczego? Moim zdaniem odpowiedź jest taka, że sukces można odnieść po co najmniej 20 latach ciężkiej pracy. Nawet jeżeli debiutujesz w wieku 20 lat, to zanim twoją muzykę usłyszy szersze audytorium, będziesz miał lat czterdzieści (śmiech)

Ale mówimy o artystach, którzy wywodzą się z alternatywy, wydaje mi się, że to naturalna droga…

Tak, mówimy tylko o nich. Oczywiście marionetkę można w ciągu trzech miesięcy wylansować. Jeśli ktoś nie ma osobowości, ani czegokolwiek do zaoferowania, tym lepiej, ponieważ łatwiej jest nim manipulować. Dzisiaj młode zespoły często powstają według biznesplanów. Ściągają z tych zespołów, z których trzeba, grają pod tych dziennikarzy, pod których trzeba. Szanuje ich decyzję, ale okazuje się, że nie ma w tym żadnej oryginalności i niczego wartościowego. Jeszcze parę lat temu było tak, że firmy płytowe zmieniały zespoły, wymyślały hasła reklamowe, narzucały zespołom swoje wizje: wy będziecie głosem pokolenia, wy będziecie sumieniem pokolenia, was widzę jako buntowników walczących z systemem (śmiech), obecnie powstała fala zespołów, która sama sobie zaaplikowała coś takiego, zespoły same z siebie starają się wyprzedzić myśli wydawców, przychodząc do nich z gotowym biznesplanem. Jeżeli ktoś nie śpiewa własnym głosem o czymś, co sam przeżył, jeżeli podrabia czyjeś teksty, bezmyślnie tłumacząc je na język polski, to jest to nieprawdziwe. Zawsze istniały w Polsce zespoły, które nie chciały być wyłącznie kopiami. Jest bardzo wiele osób, które uważają, że Polacy nie są w stanie niczego wymyślić, że zawsze będzie to ułomne w stosunku do gotowego rozwiązania Zachodu. W każdej epoce muzycznej były w Polsce dwa nurty. Jedni chcieli być klonami zachodnich wykonawców, inni chcieli grać tak, jak nie gra na świecie nikt inny. Na przykład na polskiej scenie punkowej istniały zespoły śpiewające o tym, o czym śpiewały zespoły w Anglii, ale byli też Tomek Budzyński, Lech Janerka i parę innych osób, które stworzyły własny język, własny świat.

Przychylam się do twojej wersji. Wydaje mi się, iż w pewnym sensie ta ciężka, pełna rozczarowań droga alternatywnych zespołów jest potrzebna. Pozwala się wykazać prawdziwą determinacją, pasją i talentem. Trzeba naprawdę kochać granie i mieć coś do powiedzenia by wytrwać w tej wędrówce wiele lat.

Zgadza się. Ja z muzyki zacząłem się utrzymywać po 10 latach grania. Przeszliśmy całą tę drogę i mam świadomość, że to, do czego doszliśmy, nie zostało nam podarowane. Chodziliśmy do pracy, po pracy jechaliśmy na koncert, potem całą noc wracaliśmy, czasem spaliśmy godzinę albo dwie w samochodzie na parkingu, bo na hotele przy 8 czy 9 sprzedanych biletach nie było nas stać, wracaliśmy o 6 do domu i szliśmy znowu do pracy. Niestety Partia pojawiła się w bardzo nieodpowiednim czasie dla muzyki, którą grała. O 10 lat za wcześnie. Byliśmy ignorowani przez media do momentu, kiedy na Zachodzie pojawiły się zespoły White Stripes czy Strokes o podobnej do nas filozofii. Partia została zauważona w okolicach trzeciej płyty „Żoliborz – Mokotów”, gdy w jakimś artykule podsumowującym polską scenę muzyczną ktoś nas uwzględnił w tym zestawieniu. Dziś zespoły debiutujące albo nawet przed pierwszą płyta opisywane są we wszystkich gazetach.

Tak i przykleja się im łatkę „najlepszych polskich zespołów bez płyty”. Śpiewa o tym Makaron z Maków i Chłopaków w swojej piosence „Jamajka” podśmiewając się trochę z tego pompowania balonika: Największa nadzieja polskiej muzyki bez płyty, ale z krawcem. Podobnie z resztą jak ty w „Pozerze”.

Tak, ale chciałbym jeszcze wrócić do lat 90. i do różnicy w stosunku do tego, co teraz jest. Próbowano wówczas tworzyć klasę średnią, a muzyka, która wtedy była lansowana, miała głównie na celu nie przeszkadzać biznesmenom jadącym do pracy. Z drugiej strony pojawiły się te wszystkie nowe trendy: techno, hip hop. Mam też wrażenie, że to był okres, kiedy nastąpiła bardzo duża migracja ze wsi do miasta. I większość decydentów to byli ludzie mieszkający od niedawna w dużym mieście. Często przerażeni swoją nową sytuacją i chcący być bardziej miejscy od mieszkańców miast. Nie wyobrażasz sobie chyba, że taka osoba widząc, że w modnych klubach słucha się techno, zdecyduje się na promowanie muzyki, która nie jest modna. Kiedy pojawiły się zespoły jak White Stripes czy Strokes decydenci czytający zachodnią prasę muzyczną nagle zorientowali się, że tak się teraz gra, a Komety z zespołu zupełnie anachronicznego stały się nagle na czasie. Otworzyły się przed nami wszystkie drzwi. Programy telewizyjne, radia, wywiady. Muzyka Komet wylała się jak woda, którą wcześniej hamowała tama. Nagle staliśmy się modnym, zdaniem decydentów, zespołem. Często te same osoby, które parę lat wcześniej wyrzucały wysyłane im płyty Partii do śmietnika, pytały nas, dlaczego tak dobry zespół nie był w stanie odnieść sukcesu komercyjnego. Jedyne wydarzenie w historii Partii medialnie nagłośnione to był nasz pożegnalny koncert w październiku 2003.

A ja o Partii dowiedziałem się z Teleexpresu, kiedy bodajże Marek Sierocki albo Hirek Wrona, nie pamiętam już, odwiedził was w studio przy okazji nagrywania waszej płyty „Dziewczyny kontra chłopcy”.

W studiu nikt nas nie odwiedził, ale na szczęście nawet w czasach Partii mieliśmy w mediach paru sprzymierzeńców, którzy nieśmiałym głosem, od czasu do czasu, o nas wspominali i jestem im za to niezmierni wdzięczny. Zresztą Komety to kontynuacja Partii, a sam pomysł na ten zespół miał nietypowy początek. Początkowo miał to być właściwie solowy projekt powołany tylko na potrzeby jednej płyty, która miała być żoliborską odpowiedzią na rockabilly z lat 50., ponieważ wówczas dużo słuchałem takiej muzyki. Później pomyślałem, że Komety i Partia nie mogą współistnieć, ponieważ są zbyt do siebie podobne. W parę miesięcy po wydaniu debiutanckiej płyty Komet unicestwiłem Partię i otworzyłem nowy rozdział w swoim życiu. W Kometach zagrały te wszystkie elementy, które nie zagrały za życia Partii, więc patrząc z tej perspektywy, Komety to mój pierwszy prawdziwy zespół, a Partię percypuję jako pewnego  rodzaju prototyp, jeden z wielu garażowych zespołów, w których  grałem od 15 roku życia, z tą różnicą, że Partia wydawała płyty. Jeżeli chodzi o debiut Komet, nasze intencje zostały przez niektórych opacznie zrozumiane. Wiele osób nie zrozumiało, że chcemy nagrać polską, warszawską płytę, nawiązującą do brzmienia lat 50. na zasadzie inspiracji. Nagle na fali popularności Komet pojawiło, się bardzo wiele zespołów grających podobną muzykę. Przez pierwsze miesiące uważałem to za bardzo ciekawe zjawisko, ponieważ w Polsce wszystkie mody muzyczne bezpośrednio następują po eksplozji tych mód za granicą. Natomiast, jeśli chodzi muzykę rockabilly, w tamtych latach w ogóle nie było takiej eksplozji na Zachodzie. Cieszyłem się, że wykreowaliśmy pewną modę tu na miejscu. Wpadłem wówczas na pomysł wydania składanki „Psycho Attack Over Poland”, ponieważ chciałem uwiecznić najciekawsze nagrania tej świeżo powstałej sceny. Niestety, bardzo szybko się okazało, że większość zespołów nawiązuje do tego, co najbardziej schematyczne, banalne i oczywiste w tej muzyce, w ogóle nie wnosząc niczego własnego. Co gorsza, wielu dziennikarzy zaczęło nas utożsamiać z tym nurtem i było nam wstyd, że ktoś nas z czymś tak odtwórczym mógł kojarzyć. Dlatego postanowiliśmy od tej sceny odciąć się.

Tym, co spaja twoje dokonania, są charakterystyczne teksty. Nie czujesz jednak, że w ramach tego swojego stylu zapętliłeś się w pewnych tematach? Pewne słowa, zwroty, co i rusz powracają, np. „ciągle na kogoś czekasz” albo „prawie w ogóle kogoś nie znasz”, słychać je w wielu Twoich piosenkach

To jest nieuniknione. Są słowa, które bardzo lubię i takie, których nigdy bym nie użył ani w piosence, ani w wywiadzie. Bardzo dużą wagę przywiązuję do słów i odczuwam ból psychiczny i fizyczny, kiedy słyszę, jak niektórzy masakrują język polski. Zgadzam się, że po napisaniu tylu piosenek coraz trudniej jest znaleźć nowe skojarzenia i nowe tematy. Nie potrafię pisać na zamówienie. Wszystko jest kwestią inspiracji, na którą nie mam żadnego wpływu.

A widzisz jakieś nowe kopalnie słowne dla siebie? Bo wydaje mi się, że jesteś w takim momencie, kiedy potrzebujesz czegoś nowego żeby nie zjadać swojego ogona.

Tak, widzę, nie mogę ci jeszcze powiedzieć, co to będzie, ale wydaje mi się, że znalazłem nowe źródła inspiracji.

Może warto zmienić nieco swoje położenie geograficzne. Twoje piosenki przeważnie dzieją się w tej samej przestrzeni. Pojawia się ten sam krajobraz: boisko, lotnisko, ta sama ulica, bloki. Może czas nagrać płytę Komety w Nowym Jorku, albo Komety na wakacjach?

Podążasz właściwym  tropem, myślałem o tym. Nie wszystkie piosenki powstają w Warszawie. Gramy dosyć dużo koncertów i wiele piosenek powstaje podczas bezsennych nocy spędzanych w hotelach. Zmiany geograficzne korzystnie wpływają na twórczość.

Czujesz, że Warszawę już sportretowałeś? Bo jesteś takim portrecistą tego miasta.

Myślę, że nie da się do końca sportretować tak skomplikowanego organizmu, jakim jest miasto. To portretowanie Warszawy pojawiło się naturalnie. Nie było z góry zaplanowane.  Bardzo mi się podobały pierwsze punkowe zespoły, takie jak The Clash czy The Jam, które śpiewały o miejscach, w których mieszkały. Gdy byłem pierwszy raz w Londynie, prawie każdą ulicę znałem już z jakiejś piosenki. Być może ktoś, kto kiedyś przyjedzie do Warszawy, będzie mógł ją zwiedzać przez pryzmat piosenek, które o niej napisałem…

Może ktoś będzie chciał się przejechać autobusem linii 122 i zobaczyć. gdzie go dowiezie (W piosence traktuj mnie źle, autobus tej linii dowozi podmiot liryczny pod pewne okno)

Dla mnie ważne jest poczucie tożsamości i związek emocjonalny z miejscem, w którym się żyje. Dlatego byłem tak zbulwersowany, kiedy dziennikarze naszą działalność postrzegali jedynie jako odkopywanie rock’n’rolla. Dla mnie był to najmniej istotny element naszej działalności. Nie mam nic wspólnego z czołowym hasłem tego gatunku. Nigdy nie lubiłem narkotyków i nigdy nie lubiłem seksu. Dla mnie muzyka rock’n’rollowa to przede wszystkim muzyka osób nieprzystosowanych społecznie, muzyka outsiderów.

Podobno jak przygotowujesz się do płyty to zamykasz sie w mieszkaniu, oglądasz dużo filmów, jak najmniej wychodzisz z domu. Ile jest wobec tego w twoich tekstach filmu a ile ciebie, twoich historii?

Zdecydowanie więcej mnie. Napisałem tylko parę piosenek zainspirowanych bezpośrednio filmami czy książkami. Proces pisania płyty to czas zerwania kontaktów ze światem zewnętrznym, który rozprasza, żeby móc się wewnętrznie oczyścić. Przed przystąpieniem do produkcji płyty czuję się jak aktor przygotowujący się do roli, pobudzam swoją wyobraźnię książkami i filmami. Gdy przygotowywałem „Akcję V1”, oglądałem bardzo dużo filmów o drugiej wojnie światowej i czytałem książki historyczne. Cała jesień 2006 to było życie w nierealnym świecie książek, filmów, ulubionych nagrań i własnej wyobraźni i z tych komponentów powstała ta płyta.

Skąd w ogóle pomysł na taki tytuł – Akcja V1?

Wracając do pierwszych lat punk rocka w butiku Malcom McLaren’a można było kupić koszulkę, której treść była mniej więcej taka, że któregoś dnia się obudzisz i będziesz musiał określić po czyjej stronie barykady jesteś. Ta płyta jest w dużej mierze o stanie polskiej kultury. Po „Via Ardiente”, która była dużym sukcesem komercyjnym, nagle poznaliśmy świat showbiznesu, a naszą działalnością zainteresowało się wiele osób. Czułem potrzebę odniesienia się do tego. W polskiej muzyce był już taki trend, Andrzej Mogielnicki, który, mimo że sam był w jakimś sensie częścią systemu, napisał najlepsze moim zdaniem teksty antyshowiznesowe. Wiedziałem też, że są dwie strony barykady. Dziennikarze muzyczni i zespoły, które „wreszcie grają jak ktoś za granicą” i druga strona barykady, czyli zespoły, które chcą być świadome własnej kultury, własnej historii, np. takie zespoły jak Lao Che czy parę innych, które chcą zamanifestować swój wiązek ze swoją ziemią. Pomyślałem, że przydałaby się jakaś akcja, która uderzyłaby w serce wroga. Czułem, że ta płyta określa moje stanowisko w tej sprawie i może zachęcić wiele osób do zadawania sobie pytań.

Z drugiej strony tej wojny, tych historycznych inspiracji na płycie w ogóle nie słychać.

Tak, wojny tam nie ma, chodzi o pewien symbol. „Akcja V1” to płyta poszukiwań i eksperymentów. Jej eksperymentalny charakter jest próbą skonfrontowania się z wieloma gatunkami muzycznymi, które ukształtowały mnie jako twórcę piosenek. Sukces komercyjny „Via Ardiente” na pewno dodał mi odwagi. Postanowiłem zrobić to, co zrobili m.in. muzycy The Clash, którzy sukces komercyjny swoich płyt na następnych wykorzystywali do tworzenia muzyki bardziej eksperymentalnej.

Tyle, że mi się wydaje, że Akcja V1 jest bardziej chwytliwą płyta niż „Via Ardiente”. Ma więcej potencjalnych singli.

Na tym polega paradoks, że niechcący wyszła nam płyta komercyjna, najlepiej sprzedająca się jak dotąd. Nie dziwi mnie dualizm spojrzeń na tę płytę ocenianą albo jako naszą najlepszą, albo najgorszą w dorobku. Na pewno najpełniej pokazuje to, co mam do powiedzenia. Każdy tekst działa na zasadzie odrębnego świata. Na „Via Ardiente” teksty układały się w całość, tutaj każdy piosenka to inny film. Moim zdaniem, największym minusem tej płyty jest to, że ona nie pokazuje klarownej drogi rozwoju zespołu, że rozbiega się w różne kierunki.

Dla mnie najsłabszym punktem tej płyty jak i innych albumów Komet jest to mieszanie utworów anglojęzycznych z polskojęzycznymi. Rozbija mi to spójność klimatu płyty i sprawia, że te anglojęzyczne traktuje trochę na zasadzie wypełniaczy.

To mieszanie wynika z tego, nie niektóre powstają w oparciu o język polski, a inne w oparciu o język angielski.

Wierzysz w miłość?

Nie, w ogóle w nią nie wierzę.

Bo gro twoich piosenek jest o takiej nieszczęśliwej, niespełnionej miłości, o ludziach, którzy czekają na miłość albo żyją w toksycznych związkach. Śpiewasz: Traktuj mnie źle tak jak zawsze mnie traktujesz, bo kiedy ciebie nie ma jest jeszcze gorzej. To twoje doświadczenia?

Zawsze śpiewałem o sobie, zawsze śpiewałem o swoim życiu. Wiele osób mi zarzuca, że mam zbyt pesymistyczne przesłanie, ale ja mam takie właśnie spostrzeżenia i nie potrafiłbym udawać, że jest inaczej. Wydaje mi się, że jeżeli posłuchasz radia, to otrzymasz bardzo nieprawdziwą wizję świata. Stworzone przez specjalistów teksty wydają mi się bardzo nieszczere.

Mówisz, że nie wierzysz, ale w piosenkach ciągle na nią czekasz.

Nadzieja umiera zawsze ostatnia. Zarzucasz mi resztki optymizmu, ale dzięki nim jeszcze mogę z Tobą rozmawiać.

A jest szansa, że chłopak i dziewczyna z piosenki „Spotkajmy się pod koniec sierpnia” zejdą się na dobre. Będzie happy end?

Zobaczymy, nie wiem. Gdyby nastąpiło jakieś wydarzenie, które zmieniłoby mój punkt widzenia świata, być może zaczęłyby powstawać zupełnie inne piosenki.

Czujesz się nieszczęśliwy w związku ze swoimi przemyśleniami?

Nie czuję się nieszczęśliwy, ponieważ zdążyłem się już do wielu myśli przyzwyczaić. Nie zgadzam się z zarzutem, że samotność jest utożsamiana z nieszczęściem. Piosenki, które możesz usłyszeć w radiu często krzywdzą samotne osoby. Wydaje mi się, że w moich piosenkach chodzi o coś zupełnie innego, chodzi o docenienie samotności i znalezienie w niej czegoś wartościowego i inspirującego. Jeżeli kiedykolwiek czułem się samotny, to będąc nastolatkiem i chodząc godzinami bez celu po ulicach Warszawy. Teraz z racji świadomości istnienia wielu tysięcy osób na całym świecie, którym moja twórczość jest bliska, nie czuję już takiej pustki jak kiedyś.

Piszesz o konkretnych osobach? Zwracasz się do realnych postaci z twojego życia?

Tak, ale te osoby się nigdy o tym nie dowiedzą. To wynika z braku odwagi, żeby im o tym powiedzieć. Na pewno, gdybym komuś powiedział wprost, że piosenka, którą napisałem, jest o nim, to jestem pewien, że byłby bardzo zaskoczony, ale chyba musi pozostać tak jak jest.

Fajną i oryginalną cechą twojej twórczości, jest to, że dużo miejsca w swoich tekstach poświęcasz kobietom, którym najczęściej jest smutno, którym się średnio wiedzie. Z tej perspektywy jesteś dla mnie męskim odpowiednikiem Kasi Nosowskiej.

Łączę feministyczne poglądy z kultem maryjnym.

(w tym momencie oczy i Lesława i moje skierowały się na ołtarzyk poświęcony Matce Boskiej zaaranżowany niedaleko naszego stolika)

Głos męski w polskiej muzyce zawsze był głosem szowinisty, traktującym kobiety w bardzo przedmiotowy sposób. Zawsze mnie to raziło. Kiedy na wspólnych koncertach widziałem masowych idoli, którzy po zejściu ze sceny byli wreszcie sobą w garderobie, często byłem na tyle zdegustowany tym, co mówili i ich postawą, że nie potrafiłem już nawet słuchać ich płyt. Stwierdziłem, że odmienny głos byłby potrzebny i była to jeszcze jedna rzecz na liście punktów, które uważałem, że są nieobecne w polskiej muzyce.

Podobno jesteś gotowy na moment, kiedy nikt nie będzie kupował twoich płyt.

Nie mam złudzeń, i wiem, że kiedyś to nastąpi.

I co wtedy wrócisz do zawodu nauczyciela?

Myślę, że jeżeli już raz przekroczyłeś pewien Rubikon to już nie ma powrotu. Moim marzeniem jest być kimś takim jak Johnny Cash, który nagrywał do samej śmierci. Często rozmawiam z innymi muzykami, którzy mówią, że jeszcze parę lat będą się tym zajmowali, ale już mają upatrzona jakąś agencje reklamową, w której będą pracowali później. Powiedzmy, że ja nie mam takich planów.

A co z judo?

Już w wieku 13 lat wiedziałem, że albo punk rock, albo judo. Punk rock zwyciężył (śmiech)

zagrałem z Lesławem kilka koncertów, spotykaliśmy się kilka razy na piwie, ale to jedyne zdjęcie, jakie z nim mam. Tak, to ta główka wytatuowana na łydce Jakuba Sroki; po prawej jeden z fanatyków Lesława Piotrek Kowalczyk; kiedyś naraził się liderowi średnią recenzją i polowały na niego bojówki Jimmy Jazz Records

Warszawa, Mexicana 27 maja 2008

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s