Koncertowa sztafeta pokoleń. Po występach 19 wiosen i Syndromu Paryskiego

Syndrom Paryski

Idealne funkcjonowanie sceny koncertowej wyobrażam sobie jako coś na kształt wielopokoleniowego domu rodzinnego. Czasem jest fajnie, czasem niefajnie, ale nikt nie jest sam. Wprawdzie młodzi mają swoje ścieżki, a starzy szukają spokoju, ale z grubsza wszyscy wiedzą, co się u kogo dzieje, jest wymiana doświadczeń.

Czy tak wygląda życie koncertowe w Polsce? Być może. Wyobrażam sobie, że wielkie gwiazdy łączą pod sceną pokolenia. Na mniejszych niezalowych koncertach rzadko to jednak obserwuję. Z reguły publika jest w okolicach wieku wykonawcy. Co jest normalne, bo na te koncerty przychodzą często przede wszystkim znajomi, z drugiej mańki szkoda, że te przepływy między starymi i nowymi wydają się niewielkie, bo zyskaliby na tym wszyscy.

Na pewno takie pozytywne fluktuacje umożliwiają wspólne koncerty zespołów z różnym peselem. Pałeczka z zapraszaniem jest przede wszystkim po stronie starych wyjadaczy, jako tych z know how i już jakimś zapleczem. Zresztą są zespoły, które tak robią. Happysadzi od lat wciągają na scenę młode ciekawe zespoły, choć nie muszą, bo mają swój różnorodny i liczny fanbase. Traktują to jako misję.

Wiadomo, że  w przypadku zespołów z tzw. sceny alternatywnej bywa trudno, bo kasy z koncertów jest niedużo, a zaproszonemu zespołowi wypadałoby coś zapłacić, choćby symbolicznie. Uważam jednak, że warto się podzielić tą suchą kromką. Nie tylko w imię międzyzespołowej współpracy i korzyści z wymiany fanów, ale przede wszystkim takie gigi są po prostu ciekawe, tak jak las, w którym są nie tylko wysokie drzewa, ale i podszycie.

Młoda publika z reguły reaguje bardziej żywiołowo, tańczy. Starsi często ustawiają się z tyłu i robi się dobry klimat, jest zróżnicowana energia. Tego trochę brakowało na koncercie 19 wiosen w Wolskim Centrum Kultury. Weterani barokowego punk rocka ściągnęli do salki liczną publikę weteranów życia koncertowego. Było wielu muzyków warszawskiej sceny, bo i Radek Łukasiewicz z Pustek i Zuza Wrońska z Ballad i Romansów i Kostek Usenko z Super Girl and Romantic Boys, i wokalista Syrbskiego Jeba i Dziamdzia z nieodżałowanych Starych Singers i pewnie wielu innych, których nie zauważyłem.

19 wiosen już od dłuższego czasu są cudowną maszyną koncertową. Wszystko tam się zgadza. Świetnym wzmocnieniem zespołu okazała Dziewczyna Rakieta, która od pierwszej piosenki tańczy w transie, wprowadza element szaleństwa. Ciężko oderwać od niej wzrok. Dziewczyna tworzy zgrany duet wokalny i sceniczny z wielkim Marcinem Prytem, który na scenie prezentuje się niczym demoniczny pułkownik Walter Kurtz z Czasu Apokalipsy.

Zespół z siłą wodospadu zagrał swoje największe przeboje. Pryt wchodzący w publikę, robił co mógł, by wprowadzić ją w kosmiczny obłęd, ale ten huragan energii co najwyżej poruszył lekko gałęziami starych drzew. Miało się wrażenie, że wszyscy chcieli ruszyć w tany, ale coś blokowało. Może za mało alko (w domu kultury piwa nie było), a może dystans i spina, że nie wypada (a może brak dobrego kontaktu z własnym ciałem, he, he), a może brak kilku młodych harcowników, których roznosi energia i emocje, i którzy niczym kulki przekazaliby drgania na całą salę. W każdym razie czułem, że super wykon Dziewiętnastek nie rezonuje tak, jak mógłby.

Tanecznie o wiele lepsza energia była dzień później, w sobotę (16.03) na Chłodnej, na imprezie Trzech Szóstek. Najpierw zagrała Agus. Surowy występ bez pogłosu na wokalu i z gitarą akustyczną nie do końca mnie przekonał. O wiele lepiej Agus wypada w swych dream popowych nagraniach.

Na koncercie bez tej migotliwej atmosfery, piosenki brzmiały dość monotonnie. Młoda publika jednak wydawała się być zachwycona i każdy kolejny utwór zbierał sporą porcję braw.

Agus

Erupcję wieczoru wywołał jednak koncert poznańskiego Syndromu Paryskiego. To był ich pierwszy koncert w karierze i chyba każdy by chciał tak zadebiutować. Ludzie znali słowa na pamięć. Największe wrażenie zrobiły utwory „Nie dawaj mi rad”, „Syndrom Paryski” i bujający „Miasto, masa, maszyna”.

Od chłopaków biła fajna energia, bo każdy z nich wizualnie i energetycznie jest trochę z innej parafii. Do tego zazdrościłem im euforii, która malowała się na ich twarzach. Kurde w końcu to pierwszy koncert i od razu takie szaleństwo! Co więcej, podobne podniecenie widać było na twarzach młodej niezalowej publiki. Być może to był też jeden z pierwszych razów dla niektórych uczestników. Byłem jednym z niewielu dziadów.

Przed koncertem udało mi się nawiązać kontakt z przedstawicielami młodszej generacji. Próbowałem zagadać o występie 19 wiosen, ale nie znali. Potem próbowałem zagaić o Maćku Cieślaku ze Ścianki, który kiedyś z racji bliskości swojego studia, często przesiadywał na Chłodnej, ale też nie znali. Trochę mnie to zszokowało. W końcu Cieślak to jeden z papieży polskiego niezalu. Jego płyty z przełomu XX i XXI wieku to było wydarzenie w alternatywie i nowe otwarcie. Pół piwnicznej Polski chciało brzmieć jak Ścianka. Jak miały wyjść „Białe wakacje”, to z miesiąc przy każdej możliwej okazji łaziłem do Empiku z pytaniem, czy już mają tę płytę. No ale czas płynie, nowe pokolenia mają swoje zespoły. Może kiedyś sięgną do kanonu. W myśl piosenki Syndromu Paryskiego „Nie dawaj mi rad” ugryzłem się w język. W każdym razie cieszę się na wspólny koncert Muzyki Końca Lata z tym zespołem w Chmurach (10 kwietnia), mam nadzieję, że przy muzycznym wodopoju w pokojowym nastroju spotkają zwierzęta z różnych stad.

https://www.facebook.com/events/312913936240987/

Tymczasem uczcie się tekstów: https://syndromparyski.bandcamp.com/

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s