Jadłodajnia. Mityczne Indie Eldorado. Wywiad z Marcinem Majewskim

Z Marcinem Majewskim, wieloletnim menedżerem Jadłodajni Filozoficznej, współtwórcą magazynu Pulp i animatorem stołecznego życia muzycznego spotkałem się w listopadzie roku 2009, kilkanaście dni po spaleniu się wnętrza kultowego klubu na Dobrej. Wtedy jeszcze wydawało się, że Jadło wróci. Wywiad o kulturotwórczej roli tego miejsca ukazał się w nieistniejącym już magazynie Lampa. Marcin Majewski dziś prowadzi agroturystykę na Mazurach i na fejsie wrzuca posty z życia swojego kurzego stadka.

Bartosz Chmielewski: Skąd się wziąłeś w Jadłodajni?
Marcin Majewski: Paweł Sito polecił mnie swoim znajomym, którzy otwierali coś, co się miało nazywać Popart Cafe w centrum handlowym Land. To się z różnych powodów nie udało. Ale tam na otwarciu, na którym jeszcze byłem (w jego trakcie uciekłem) wystawiała swoje obrazy Joasia Stańko. Tam ją poznałem. Ponieważ ona widziała, że się to Popart Cafe wysypuje, poznała mnie z właścicielem Jadłodajni Maćkiem Wysockim, który zakładał klub na Dobrej. Ja byłem na Dobrej już wcześniej, w Aurorze i Czarnym Lwie, wtedy w Jadłodajni były jeszcze cegły zamiast baru, ale jak się poznaliśmy to klub był gotowy i działał chyba dwa tygodnie.
Jadłodajnia, tak jak Aurora, zaadaptowała byłe garaże samochodowe.

Jak wyglądała kolejność tworzenia się Dobrego Podwórka?
Najpierw była Aurora. Mariola Przyjemska (partnerka Zbyszka Libery) przechodziła obok podwórka zobaczyła, że jest do wynajęcia garaż i tak się zaczęło. Potem dołączył Czarny Lew, do Czarnego Lwa Jadłodajnia i na końcu Diuna, która zaadoptowała budynki byłej hurtowni odzieżowej Maxi.

Kolejność upadania jest prawie, że taka sama…
Jadłodajnia jeszcze nie upadła. Nieprawdą jest też że się spaliła, owszem paliła się. Od 5 listopada minął miesiąc, gdybyśmy mogli tam wejść, byłaby już pewnie całkiem naprawiona. Tak naprawdę Jadłodajnia była zamykana już dwa razy. Raz była zdemolowana przez kibiców.

Słyszałem legendy o tej sytuacji z kibicami.
To była taka akcja, że w Aurorze była impreza ska i tam się zaplątał jakiś fan Legii, którego pobito. Nieszczęśliwie tydzień później impreza ska była w Jadłodajni do której wpadła ekipa kiboli Legii i zrobiła totalną demolkę

Kiedy powstała Jadło i czym miała być na początku?
7 lat temu i wstępnie faktycznie miała być jadłodajnią. Tam gdzie jest dzisiejsze zaplecze dla zespołów, czyli tak zwany VIP/dark Room to było zaplecze kuchenne. Do dziś tam są kafelki i okno do przyjmowania naczyń. Plan był rozrysowany pod restaurację. Z jakiś powodów to nie wyszło, może dlatego, że zaczęliśmy mocno prowadzić działalność kulturalną i to nas zaangażowało.

Mój pierwszy kontakt z Jadło to z polecenia kolegi, który powiedział, że jest lokal gdzie płacisz 5zł za wejście i wnosisz swoje piwo.
To była dużo późniejsza sytuacja niż otwarcie. Już nie pamiętam dlaczego, ale były kłopoty z koncesją przez kilka miesięcy. Przez moment nie mogliśmy sprzedawać alkoholu i się jakoś musieliśmy ratować.

Jakie były założenia co do programu kulturalnego?
Maciek robił eventy w środowisku tancerzy i chciał, żeby ten taniec był w Jadło obecny. Na początku pracowałem z koleżanką Magdą Depczyk tancerką, ale jakoś tak się złożyło, że to muzyka zaczęła dominować w pewnym momencie. Pierwsze rzeczy, które „zagrały” w Jadło to było reggae. Pierwszą dużą imprezą, która była jak odkorkowanie szampana była impreza Jamesa Ashena, częściowo chłopaków z Vavamuffin. Właśnie reggae i rzeczy folkowo etniczne mocno ciągnęły na początku. Kochankowie Gwiezdnych Przestrzeni. Było dużo muzyki improwizowanej. Gitarowe rzeczy też były obecne. TCIOF grali jeden z pierwszych koncertów przy okazji slamu poetyckiego.

Dałoby się wyodrębnić jakoś pod tym względem okresy funkcjonowania?
Powiedzmy, że ta historia, z którą ludzie najmocniej kojarzą Jadło zaczęła się 4 lata temu, po drugim otwarciu klubu. W Aurorze (przez moment zajmowałem sie Aurorą) zaczęło się pojawiać granie gitarowe dj skie, Pierwsza impreza z cyklu God Save the Queen tam się właśnie odbyła i przechodząc do Jadłodajni postawiłem właśnie na ten nurt i to zaczęło tworzyć nowy etap w historii klubu. Jadłodajnia zaczęła być miejscem modnym. Pojawiła się trochę innego rodzaju publiczność. To było mniej więcej trzecie pokolenie klubowe od początku istnienia Jadło. Pomyślałem wtedy, ponieważ zaczęły powstawać inne miejsca, że trzeba postawić na pewną tożsamość. Zacząłem program bardziej profilować. Oczywiście reggae i eventy związane z kulturami świata robione np. z Muzeum Azji i Pacyfiku, były do końca obecne obok muzyki gitarowej czy indie electro. Różnorodność była cały czas, ale jeśli chodzi o pion bardziej popularny zacząłem budować pewną tożsamość. Było też ważne, że owe nurty były kompletnie ignorowane przez media. To był moment, kiedy ramki w Aktiviście dostawały głównie Niedźwiedzie w lesie, czy Bałagan Mistrzów. Te wszystkie gitarowe rzeczy były najczęściej ignorowane. Z tego powodu powstał też Pulp, bo widziałem odrętwienie w mediach, a z drugiej strony widziałem w klubach nowe pokolenie, które to interesowało. Postawiliśmy na nowe rzeczy i nowa publiczność i tak peryferium stało się centrum. To był moment żeby złapać to co się dzieje, być tego rzecznikiem i częściowo kreatorem. Wydaje mi się, że od tego momentu zaczął się hype na Jadłodajnię. Stała się ważnym graczem w kulturze.

Odnoszę wrażenie, że Jadłodajnia wielu kapelom w kraju jawiła się właśnie jako mityczny bastion, gdzie ludzie przychodzą tłumnie na nieznane gitarowe zespoły, że stamtąd prosta droga do trójkowej Offensywy Stelmacha.
Najlepszym dowodem na popularność Jadło w Polsce był ostatnio Orange Warsaw Festival, na który zjechała cała Polska i ludzie po koncertach przyszli właśnie do Jadłodajni. Przewinęło się 800 osób w klubie który mieści 300. Do dzisiaj z tych koncertów, które są wstrzymane, część w ogóle się nie chce przenosić, czeka na wznowienie działalności.

Czujesz jakąś analogię z kultowymi klubami na zachodzie?
Mówi się o Hacjendzie, że najpierw manchesterskie gitarowe zespoły tam się rozwijały, a potem sceną zawładnęła taneczna elektronika. Hacjendę załatwiły prochy. My żeśmy też obawiali się takiego niebezpieczeństwa, nie w sensie że ono się działo, ale że mogło. Modelsi (Hungry Hungry Models – kolektyw DJ) byli pierwszym składem, który zrobił ten przeskok. Ja próbowałem to wyhamować. Z tego powodu powstał konflikt między nami. Chciałem rozrzedzić te imprezy, żeby były co drugi miesiąc. Oni się obrazili i wynieśli. Najpierw był to nurave, ale potem ich sety stawały się coraz bardziej jazgotliwe. Załapywała się na to zbyt wąska klientela, a Jadłodajnia zawsze stawiała nogi w różnych miejscach. Nie chciałem jej tak wąsko definiować. Zawsze z tymi wszystkimi, co grają w piątek, rozmawiałem i uczulałem, żeby był pewien procent w ich secie, który trafia do ludzi niekoniecznie nastawionych na najnowsze mody z Nowego Jorku czy UK, zwłaszcza jeśli był to ciężki bassline (śmiech), żeby były rzeczy na które może się załapać bardziej „tradycyjna” czy „gitarowa” jadłodajniana klientela. Nasi d-je dość radykalnie odeszli od rzeczy gitarowych. Wydawało mi się, że robią to za wcześnie i w złym kierunku, tym bardziej, że wtedy zaczęła się moda na indie disco jeszcze w takim wydaniu jak CSS i Ting Tings itp, plus remixy, wtedy antidotum stanowił kolektyw Am Radio. Wolałem żeby było bardziej NME, skandynawski pop, 80’sowy revival i remixy niż jazgotliwa elektronika zaburzająca błędnik. Zaraz też pojawiło się nu disco i już było OK, a to za sprawą VA TEAM.

Wydaję mi się, iż w Jadłodajni pojawił się nowy rodzaj didżeja w stosunku do tego, co proponowały inne warszawskie kluby. Coś na kształt indie didżeja, czytającego Porcys i Screenagers oraz całe mnóstwo blogów i stron o muzyce alternatywnej z Pitchforkiem na czele. Noszącego się również w charakterystyczny sposób.
Różnice były pokoleniowe, ale i muzyczne. Jak oni się wbijali, to Warszawa usypiała przy soul jazzach, loungeowych klimatach, nudziła się przy housikach, rozmydlała się na kanapach „w klubach ze szklaną podłogą”. A gdzieś w naszych piwnicach i garażach zaczęła się troszkę inna muzyka. Indie rock nadawał się do tańczenia. Dla mnie było oczywiste, że trzeba na to postawić i faktycznie była to zupełnie inna propozycja, którą reszta klubów wtedy przesypiała. U nas w siłę rośli VA Team, Hungry hungry models, AM RADIO no i było Sorry Ghettoblaster ale to akurat nie są wychowankowie Jadłodajni. A odpowiadając na pytanie, tak oczytanie i wiedza jest mocną strona tych didżejów, może niekoniecznie czytają Screenagers, ale na pewno serwisy i blogi zagraniczne.

A kto dzierży rekord frekwencji? Na stronie Monday Rebels przeczytałem, że oni.
Jeśli chodzi o dj to impreza VA Team z cyklu God Save the Queen, gdy we wrześniu tego roku przez klub przewinęło się 800 osób. Na rozdaniu Miazg było z 600 czy 700 osób. Jeśli chodzi o koncerty, to drugi występ CNQ, bo tam już przestaliśmy wpuszczać ludzi do klubu. Na pewno jedne z urodzin Tiszteletu, czy 2000 Dirty Djs.

Utarło się też narzekać na nagłośnienie w Jadło.
Do pewnego momentu mieliśmy rzeczywiście słabe nagłośnienie, bo mieliśmy bardziej djskie, niż koncertowe głośniki (JBL JRX 125), ale już od 3 lat, gdy okazało się, że scena się liczy, dysponowaliśmy naprawdę solidnym sprzętem (JBL MRX 525 i do tego dedykowana końcówka Crowna, plus osobna linia basu). Przykładowo koncert Tigercity zebrał bardzo dobre recenzje, jeśli chodzi o akustyczne sprawy.

A najlepsze twoim zdaniem koncerty w Jadło.
Gigi George Dorn Screams, 3moonboys, CNQ. Pierwsze gigi gitarowe typu Rotofobia, Out of tune, gdy się zaglądało do głów nowych ludzi na scenie, oni przynosili ze sobą jakiejś inne wzorce, mówili innym językiem. Dobrze wspominam też rzeczy zupełnie prehistoryczne typu cykl Dobranocki dla pająków – to były sesje improwizowane w których brali udział Marcin Dymiter, Raphael Rogiński, Jacek Skolimowski. Oprawione analogowymi wizualizacjami, bajecznymi, dwójki młodych zdolnych ludzi, którzy niestety potem przerzucili się na komputer. Odloty robili za pomocą spreparowanych rzutników i różnych drgających urządzeń, plus wiszące tiule i ekrany. To było niesamowite.

Co robiłeś w dniu w którym skończyła się epoka?
Wracałem zadowolony samochodem z firmy Gutenberg Net Works, która została współwydawcą magazynu Pulp, i nagle (wtem) dostałem esemesa od Grześka, że Jadłodajnia się pali i że to nie żart i w tym momencie utkwiłem w korku na 20 minut, jakieś 2 km przed klubem. Jak przyjechałem, to wyglądało to gorzej, niż myślałem, ale w dwie – trzy godziny żeśmy wszystko sprzątnęli. Można było następnego dnia robić remont i działać. No i miasto nas w tym momencie przyblokowało, wezwali nas dzień po pożarze i powiedzieli, że muszą to zamknąć do momentu ekspertyzy i przetargu na tę ekspertyzę. I do dziś tego nie zrobili, za to mają rozpisać przetarg na wyburzenie. W ogóle nie bierze się pod uwagę scenariusza powrotu na Dobrą, mimo, że mamy na to pieniądze i zadeklarowaną pomoc ludzi. Chciałbym, żeby to był moment zastanowienia się nad funkcjonowaniem ośrodków tego typu i ich relacji z miastem. Żeby nie traktowano tego typu miejsc tylko jako nieruchomości i od strony biznesowych relacji. Powinny być procedury, które by uwzględniały wartość kulturową, które takie miejsca w miasto wnoszą (np. współdecydowanie o takich nieruchomościach przez wiceprezydenta zajmującego się kulturą). Nikt się nie spytał o to, co zrobimy z koncertami, które mamy zabookowane aż do grudnia, łącznie z tymi zagranicznymi. Nie myśli się, że może ktoś, gdyby nie był zabookowany w Jadłodajni, to by nawet do Polski nie przyjechał albo do Warszawy. Próbowaliśmy przenieść część tych koncertów do pomieszczeń po Czarnym Lwie, ale zarząd mienia miasta stołecznego Warszawy odmówił. Co ciekawe, tej samej nocy po tym, jak o to poprosiliśmy i powiedziałem o tej prośbie w TVN Warszawa, ktoś okradł Czarnego Lwa.

Wróćmy do Pulpa. Czemu tak często zmieniają się jego naczelni.
Przyczyna rozstania była za każdym razem inna. Nie za bardzo chcę o tym mówić, bo poza jednym przypadkiem jesteśmy w dobrych relacjach, współpracujemy na różnych polach. CKOD chciało zagrać akustycznie na rzecz Jadło jak tylko odzyskamy budynek, z Borysem Dejnarowiczem przygotowaliśmy projekt programu telewizyjnego i szukamy producenta.
Teraz jest Oskar Stelągowski, który ma najklarowniejszą wizję tego, czym ma być Pulp. Oprócz zmian graficznych, będą rozszerzone pewne kierunki muzyczne, np. dodamy dobry serwis o singlach tanecznych. Zmienia się muzyka, jest sporo fajnej tanecznej elektroniki i trzeba o niej pisać. Pulp jest pismem, które pisze o nowej muzyce. Nie jesteśmy przywiązani do jakiejś stylistyki ani tym bardziej do określonych artystów.

Pulp penetruje nowe środowiska recenzenckie, interesuje mnie czy odnosisz podobne wrażenie, że teraz jest pewne załamanie na tym rynku, że amatroskie blogi o muzyce raczej się zwijają niż rozwijają, tak jak to miało miejsce powiedzmy 3 lata temu. Nie ma dopływu świeżej krwi. Te same nazwiska w Pulpie i Machinie.
Te nazwiska, które pojawiły się w Machinie to częściowo od nas przeszły, jeśli nie od Pulpa bezpośrednio to z tego samego środowiska, które go zakładało. Ja już widzę nowe twarze na rynku i oni wniosą nową jakość. Nie chce powiedzieć, że ci, co teraz piszą nie są w formie, ale wejdzie nowy sposób pisania o muzyce, inna perspektywa.

Panuje raczej ogólny pogląd, że w internecie wręcz zdycha dyskusja o muzyce
Moja teza jest taka, że ludzie są zmęczeni hejterstwem. Oskar Stelągowski napisał kiedyś na forum Porysa że ma wrażenie, że jest to portal dla ludzi, którzy nie lubią muzyki.

No to masz sympatyczniejsze Screenagers…
Może dyskusje o muzyce to była zabawa dla jakiejś określonej liczby osób, które obecnie są zajęte czymś innym. Widzę po autorach Pulpa, że się rozwijają zawodowo i coraz mniej czasu mają na niekomercyjne pisanie o muzyce. Może jest to też moment w którym ważniejsze jest słuchanie muzyki niż czytanie opinii. Z tego też powodu uważam, ze Pulp powinien być informatorem w co najmniej równym stopniu, co popisem erudycji autorów.

A może po prostu faktycznie młodsi nie podchwycili tej zajawki indie rockiem, płytami z Pitchfotrka. Święto polskiej alternatywy, jaką miała być Rafineria dwukrotnie zaliczyło frekwencyjną wtopę.
Na Rafinerii nie grały zespoły z Pitchforka. Tam popełniono prosty błąd. Zebrano zespoły, które się regularnie pojawiają w klubach, każąc za to dużo zapłacić i ściągnięto dwie średniej wielkości gwiazdy. Myślę, że to była kwestia jakości. Najlepszym przykładem tegoroczna Vena i Selektor. Selektor miał super line up i zagrał, Vena podrzędny i poległa. Przy tym zagęszczeniu festiwali coś takiego nie przechodzi. To jest bardzo ciekawe zjawisko, że jest tak dużo festiwali z „muzyką dla kumatych” jednak.

Co dalej z Jadło?
Ostatnia informacja, jaką usłyszeliśmy od miasta, to ta o przetargu na wyburzenie budynków po klubach. Nie ma więc mowy o kontynuowaniu działalności na Dobrej. Maciek Wysocki, właściciel Jadło, szuka nowej lokalizacji na mieście.
Na dzień dzisiejszy nie mamy lokalizacji.

A ta historia, że w tym miejscu ma być stacja metra?
Stacja metra ma być przy Syrence chyba. Na nas raczej czyha apartamentowiec.

Gdzie byś najchętniej widział nową Jadłodajnię?
Główne kluby, tzn takie, które dają sobie radę, są jednak w Śródmieściu. Miejsca poza centrum, takie jak CDQ, Dobra Karma czy No Mercy nie mają lekkiego życia. Żeby działać tak, jak działaliśmy, potrzebujemy odpowiedniej lokalizacji. Mniej więcej wytyczyliśmy granice, w których można założyć nowe miejsce i raczej się tego trzymamy. Jest to oczywiście karkołomne, bo jest to Śródmieście, gdzie trzeba znaleźć miejsce, które jest w miarę wyodrębnione, nie sąsiaduje z blokiem mieszkalnym i da się tam postawić ogródek. Nie jest to taka łatwa sztuka.

Warszawa, 19 listopada 2009

Reklamy

1 Comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s